W styczniu 2009 roku postanowiłam uszyć patchwork dla córki. No i tu kobita, czyli ja rzuciła się z motyką na słońce. Ooo, to nie mógł być taki zwykły patchwork, o nie. To musiał być witraż i to jeszcze w serca.
Wzór znalazłam w jakiejś kolorowance umieszczonej w sieci. Wydrukowałam, karteczki posklejałam, no i do roboty.
Każde serce zostało wycięte, obrysowane na materiale i ponownie wycięte. I wtedy zorientowałam się, że nie mam już całego wzoru, tylko fragmenty. Super i co dalej. Dalej było ponowne drukowanie i sklejanie. Dobra miałam cały wzór, miałam wycięte serca z tkanin, ale jak je połączyć tasiemką ze skosu żeby się nie rozłaziło, no jak?
Eureka. Cienka flizelina jednostronna ( w tedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak flizelina dwustronnie klejąca). Rozłożyłam flizelinę na wzorze, spięłam szpilkami, a następnie ułożyłam wycięte wcześniej serca i przykleiłam żelazkiem.
A potem było spinanie szpilkami, fastrygowanie i szycie. Esy floresy powstały z cienkiego sutaszu przyszytego zygzakiem.
I wreszcie pikowanie. Po skończeniu pikowania wyrzuciłam Łucznika. Nigdy więcej. Przyznaję się nienawidziłam go i dalej nienawidzę. Chociaż na tamte czasy był to w miarę dobry sprzęt. Kupiłam nową maszynę Berninę Q440 Quilters Edition i wpadłam po uszy.
Komentarze