SylaQuiltArtist
Stitching slow stories...

Uzależniona od śniegu

Uzależniona od śniegu

Czy to normalne, że gdy tylko spadnie śnieg, ja zamiast na narty albo na spacer, biegnę do piwnicy farbować? Już sama nie wiem. Z jednej strony cieszę się że pada, a z drugiej czuję zmęczenie, chociaż jeszcze nie zaczęłam farbować.

Przez ostatnie lata śniegu było jak na lekarstwo więc każdy płateczek miał znaczenie. Oczywiście mogłabym farbować kostkami lodu (i to czasami robię), ale co śnieg to śnieg. Jego niepowtarzalne wzory są po prostu zachwycające.

Tym razem zaszalałam. Pocięłam dwie belki białej tkaniny bawełnianej na kwadraty 140/140 cm i poleciałam farbować. Oczywiście nie było możliwości pofarbowania wszystkiego w jeden dzień. Proces ten odbywał się, a właściwie odbywa się już ponad tydzień.

Proces jest zawsz ten sam.

Najpierw następuje przygotowanie tkaniny, czyli moczenie w sodzie Asz. Następnie odciskanie z nadmiaru wody. Do tego celu używam pralki z najmniejszymi obrotami do wirowania jakie posiada.

Stosuję różne kombinacje układania tkaniny w koszykach np. w harmonijkę, zgniatam lub skręcam w spiralę. (Oczywiście koszyki są całe siatkowe). Wszystko zasypuję śniegiem i posypuję farbą.

Śnieg się topi, farba rozpuszcza a tkanina farbuje. A potem następuje żmudne płukanie. I to jest moja największa zmora. Mimo że mam do tego celu kupioną pralkę, pierwsze płukanie zawsze odbywa się ręcznie. A ręce przy takiej robocie bolą gdyż wciąż nie do końca są zdrowe.

Muszę pozbyć się jak największej ilości barwnika, który pozostał na tkaninie i który niemiłosiernie wszystko brudzi. Gdy proces ten jest zakończony (nazywam go pierwsze płukanie) uruchamiam pralkę. Układam proces płukania tak aby jeden cykl wody używać do kilku tkanin. Płuczę więc od najjaśniejszych do najciemniejszych. Staram się robić to kolorami. Trwa to długo, ale za to idzie mniej wody i jest oszczędniej. Płuczę do momentu lekko zabarwionej wody, a potem nastawiam na porządne pranie w 40˚C.

I tkanina gotowa. I tu proces się kończy.

Wpadłam jednak na pewien pomysł ( nie dotyczy on płukania), co by oprócz sody kalcynowanej dodatkowo przed farbowaniem, posypać już ułożoną w koszyku tkaninę, solą. Przecież dodaje się ją podczas rozpuszczania barwników w wodzie.

I jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że tkaniny posypane solą mają intensywniejszą barwę niż te nie posypane. Cieszę się że to odkryłam. Eureka. Teraz kolory na tkaninach farbowanych śniegiem są bardziej intensywne. To ten sam kolor.

Po lewej bez soli po prawej z solą. Nie wiem czy na zdjęciu widać różnicę ale w rzeczywistości dość znaczną. Super.

Dodatkowo postanowiłam zrobić następny eksperyment. Na wcześniej przygotowaną tkaninę ( czyli moczenie w w sodzie, wirowanie, poukładanie i posypanie solą) posypałam barwnik.

Nie na śnieg jak zazwyczaj tylko bezpośrednio na tkaninę. Następnie wszystko zasypałam śniegiem.

Dziś już wiem, że kolory tkanin farbowanych w ten sposób są bardziej intensywne. Jednakże mimo pięknych kolorów, rzadko będę stosować tę metodę ponieważ wypłukanie nadmiaru barwnika jest bardzo trudne i czasochłonne.

4 komentarzy

4 odpowiedzi do “Uzależniona od śniegu”

  1. Jolcia pisze:

    Sylwia, przepiękne kolory Ci wyszły. Jestem zachwycona! Może i ja kiedyś spróbuję farbować tkaniny? Ciągle o tym myślę, ale… brakuje mi odwagi, by się za to zabrać 😉 Podziwiam Sylwia 🙂

  2. Marzenna Lew pisze:

    Sylwia dzięki za wpis, też ćwiczę zawzięcie takie farbowanie ale kolory po wypłukaniu nie są zbyt intensywne. Dzisiaj próbuję z barwnikami do batiku ale to sporo więcej roboty. Zobaczę co mi wyjdzie bo Twoje są na razie jak dla mnie nieosiągalne, są cudne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.